Rozdział IX

Rozdział IX ( autorzy klasa IV)

Z naszej nocnej wyprawy wracaliśmy bardzo zadowoleni. Najbardziej oczywiście mama, dumna ze swojego psikusa.
- Niech jej będzie -  w myślach pogratulowałem jej pomysłu.
 Powrót nocą do domu był wyjątkowo ekscytujący. Pan leśnik opowiadał całą      powrotną drogę ciekawostki z życia zwierząt.
- Żeby to tylko zapamiętać - pomyślałem - pani z biologii będzie zaskoczona moją wiedzą.
 Pan leśniczy odprowadził nas do samego domu.
- Może wejdzie pan na herbatę, jest trochę chłodno - mama zaproponowała z uśmiechem.
- Chętnie - odpowiedział pan leśniczy. 
 Wszyscy ruszyliśmy do domu. Siostra wbiegła do środka krzycząc:
- Tato, tato jesteśmy. Bobrów nie widzieliśmy, ale mama... - zaczęła opowiadać o nocnej przygodzie. 
      Tata słuchał jej ziewając od czasu do czasu, a potem przysiadł się do      siedzącego już za stołem pana leśniczego. Rozmawiali popijając gorącą herbatę.  Czasami ściszali głos, zerkali w naszą stronę i wybuchali śmiechem.
- Anka, choć - kiwnąłem w stronę siostry - niech sobie spokojnie o nas pogadają.
- Ci dorośli, wszystko muszą obgadać - głos Anki wykazywał daleko idące zrozumienie.
     Wyszliśmy przed dom. Słychać było cykanie świerszczy, rechot żab i  świergot ptaków. Nastawał świt.  Przez dłuższą chwilę wsłuchiwałem się w tę kakofonię dźwięków, ciesząc się chwilą.
- Fajnie jest, no nie? - zauważyła Anka, wyrywając mnie z zamyślenia.
- No, super. - zgodziłem się z nią.
- Słyszysz? - Anka złapała mnie za rękę.
    Chyba się czegoś wystraszyła. Jak dobrze, że byłem z nią. Sama by sobie nie poradziła. Facet to jednak facet, pomyślałem o sobie dumnie i próbując coś usłyszeć spytałem Anki:
- Co?
- No to! Słuchaj!
    Oboje wstrzymaliśmy oddech. Tylko ptaki nie wczuły się w powagę chwili i śpiewały coraz donośniej. Po chwili ja również to usłyszałem. Dziwne dźwięki dobiegały spod   schodów. Podeszliśmy bliżej. Zebrałem się na odwagę i schyliłem się jako pierwszy. Pod schodami coś się ruszało.
- Co to jest? - Anka nie wykazała się bystrością. 
- Leśne straszydło! - zaryczałem w stronę Anki - i zaraz cię pożre!
- Głupi jesteś - Anka odpowiedziała urażona. Podeszła i zapiszczała z zachwytu- Zobacz, piesek.
- Rzeczywiście - przytaknąłem
-On jest taki milutki, słodziutki i  kochany- zachwyt Anki narastał.
  Zerwałem się i krzykiem obwieściłem reszcie nowinę:
- Anka znalazła psa!
     Rodzice i pan leśnik wyszli, a raczej wyskoczyli przed dom.
Kiedy już ustalili, że to rzeczywiście pies, i że nie wiadomo skąd się wziął, zaczęli  
rozmyślać co z nim zrobić.
Spojrzałem znacząco na Ankę, Anka odwzajemniła spojrzenie. Doskonale wiedziała, co chodzi mi po głowie. Prawie  
 jednocześnie krzyknęliśmy:
- Weźmy go, weźmy!
   Rodzice zamilkli. Już prawie słyszeliśmy ich stanowcze NIE. Byłem pewien, że  
będą się prześcigać w wymyślaniu argumentów przeciwko zabraniu psa. 
Mama o porządku, tata o odpowiedzialności, codziennym wychodzeniu na spacery. Ale rodzice nadal milczeli.
Ciszę przerwał pan leśniczy:
- To chyba dobry pomysł?
  Trzy, a wliczając zwierzaka, cztery pary oczu patrzyły na rodziców. Wtedy mama wyrzuciła z siebie:
- Ale dzieciaki za niego odpowiadają, zgoda?
- Co wy na to? - zwrócił się do nas tata.
     Ja i Anka podskoczyliśmy do góry. Pies zostaje z nami!
- Jak go nazwiecie? -spytał pan leśniczy.
- Może Schodek, bo znaleźliśmy go pod schodami.
Tego było za dużo. Gorszego imienia nigdy nie słyszałem. Głośno  zaprotestowałem:
- Chyba zwariowałaś, najgłupsze imię jakie ktokolwiek wymyślił.
- Nie prawda! Tato, powiedz mu coś- krzyknęła Anka z łzami w oczach
- Jak się mają kłócić przez psa, to lepiej niech go pan  zabierze - mama zwróciła się do leśnika. 
Przerwałem jej najszybciej jak umiałem:
- Kto się kłóci? Po prostu uważam, że są lepsze imiona-  w myślach już widziałem kolegów śmiejących się ze mnie po usłyszeniu, jak wabi się mój pies.
- To może Aleks?- zaproponował tato- tak nazywał się jamnik, którego dostałem na piąte urodziny.
- Niech będzie Aleks.- krzyknąłem. To imię o wiele bardziej mi się podobało
- Nie chcę was martwić- przerwał pan leśniczy- ale to suczka
Odwróciłem się w stronę Anki i z uśmiechem spojrzeliśmy na siebie. Już wiedzieliśmy jak ją nazwiemy.
- Calineczka! To nasza ulubiona baśń- zawołała Anka- To co, Calineczka zostaje z nami? - popatrzyła pytająco na tatę. 
- Zostaje, zostaje -  potwierdził.
   Nie mogłem uwierzyć, że z tej głuszy przywieziemy do domu psa. 
   Kurcze, ale wakacje! - pomyślałem.  A zapowiadało się tak beznadziejnie,gdy rodzice zadecydowali o naszym wyjeździe.