Rozdział VII

Rozdział VII ( napisała klasa V )


Po tym, jak się zgubiliśmy mama zabroniła oddalać się nam od domu.

- Brak zasięgu, zakaz oddalania się od domu. Co my tu będziemy robić? - marudziła moja siostra. Czekała na koniec pobytu w tym dziwnym miejscu.

- Mam pomysł! - krzyknąłem, a Anka spojrzała na mnie z nadzieją - Będziemy się nudzić!

Ja miałem swój plan na zabicie czasu. Zacząłem pisać dziennik. Ale nie będę go chyba prowadził 24 godziny na dobę? Godzina pisania upłynęła szybko. Problem pozostawał jednak ciągle ten sam. Co robić przez pozostały czas? Mogłem wychodzić tylko na podwórko. Ubrałem czapkę z daszkiem i wyszedłem.

Od razu zobaczyłem to, na co wcześniej nie zwracałem uwagi, czyli ogród. Był piękny. Wszędzie było kolorowo od kwiatów i latających motyli. Poszedłem na tyły domu. Wyglądało na to, że nikt tu od dawna nie zaglądał. Spróbowałem wejść w chaszcze, jednak od razu poraniłem sobie nogi ostrymi kolcami malin, a pokrzywy zostawiły czerwone bąble na moich nogach. To miejsce nie było mi przyjazne.

- Przydałaby się maczeta - mruknąłem i na razie zaprzestałem przedzierania się. Usłyszałem nawoływania mamy. Szybko odwróciłem się i poszedłem do niej. Obok mamy stał człowiek u którego znaleźliśmy schronienie gdy się zgubiliśmy.

- Cześć - przywitał się - Jak u ciebie?

- Dobrze - bąknąłem. Czułem się trochę onieśmielony.

- Mam dla was propozycję.- zwrócił się do mamy pan -  Moje wnuki w tym roku nie przyjadą na wakacje. Chciałem  zapytać, czy mógłbym zabrać pani dzieci na wycieczkę.

- No nie wiem - zastanowiła się mama - Mają zakaz oddalania się po tym, jak zabłądzili.

Widząc okazję postanowiłem pomóc mamie w podjęciu decyzji.

- Tak mamo! - krzyknąłem z entuzjazmem. - Zgódź się!

W przybyszu widziałem wybawcę i szansę na coś ciekawszego niż siedzenie w domu i odliczanie dni do wyjazdu.

- Będę ich miał na oku - uspokoił mamę starszy pan.

-Jestem emerytowanym leśnikiem, więc mogę im wiele pokazać. Na pewno nie będą się nudzili. A mi przyda się towarzystwo pełnych energii i pomysłów młodych osób.

 Tych dwoje - tu wskazał na mnie i na Anię, która akurat zaciekawiona wyszła z domu - potrzebuje mocnych wrażeń , a tych nie znajdą siedząc w domu.

- Kiedy wrócą? - westchnęła zrezygnowana mama.

- Myślę, że najpóźniej na kolację. - odparł leśnik.

҉

    Pierwsze wyjście było ciekawe. Starszy pan wypytywał o nasze przyzwyczajenia i zainteresowania. Sam mówił niewiele. Raczej słuchał. Pozwolił nam ponarzekać na dziwny pomysł mamy aby spędzić część  wakacji w tej głuszy, bez komórek i tabletów. Wybranie miejsca bez zasięgu było dla nas największą tragedią. Narzekaliśmy i narzekaliśmy a on po prostu słuchał. W ten sposób przemierzyliśmy kilka kilometrów.  Nagle przed nami przemknęło jak czołg jakieś zwierzę z młodymi. Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Staliśmy jak wryci. Jako pierwsza odważyła się zapytać Ania.

- Co... co to było? - powiedziała moja siostra. Była wyraźnie roztrzęsiona. Ja nie zdradziłem się na szczęście ze swoim lękiem. Leśnik odpowiedział spokojnie:

- To była locha z młodymi. W tym okresie może byś niebezpieczna. Mieliśmy szczęście, że nas nie zauważyła.

Poszliśmy dalej. Teraz trochę mniej rozmawialiśmy. Byliśmy zdziwieni ile różnych odgłosów dochodziło z lasu. Po chwili usłyszeliśmy głośny trzepot skrzydeł. Spojrzeliśmy w górę. Nad nami rozpościerały się gałęzie rozłożystego, starego dębu, na których było potężne  gniazdo.

- Zobacz, Marek, zobacz! - szarpała mnie za rękaw Anka.

- Widzę przecież - odpowiedziałem, strącając jej rękę z mojego ramienia.

- To orły bieliki - pouczył nas przewodnik - Wakacje to czas, kiedy młode ćwiczą latanie. Niedługo będą musiały opuścić gniazdo i stać się samodzielne.

Do domu wrócimy krótszą drogą.   - dodał, widząc, że się ściemnia. Po drodze zobaczyliśmy myśliwską ambonę. Weszliśmy po szczeblach na górę. Leśniczy wyciągnął lornetkę, nastawił ostrość i podał mi. Na polanę wyszły cztery łanie z młodymi. Obserwowałem, jak spokojnie pasą się na łące. Ania zniecierpliwiła się i odebrała mi lornetkę, dając do zrozumienia, że teraz jej kolej.

҉

Wróciliśmy na kolację. Zamiast jeść opowiadaliśmy  o dzisiejszej wyprawie. Oczywiście nic nie wspomnieliśmy o niebezpiecznym spotkaniu z lochą. Kombinowaliśmy jak przekonać mamę, aby zgodziła się na nocną wycieczkę. Przecież wtedy nad rzeką można spotkać bobry.  Leśniczy wspominał również o jakiś nocnych motylach podobnych do kolibrów. Dobrze byłoby zobaczyć również nocka ,gacka, mopka albo mroczka. W naszych głowach układały się plany na kolejne wyprawy. Anka już nie marzyła o szybkim opuszczeniu tego miejsca .Mój dziennik na pewno zapełni się niesamowitymi wakacyjnymi opowieściami. Mama patrzyła na nas z niedowierzaniem i uśmiechała się tajemniczo. Nie wiem kto kogo przechytrzył. Ale chyba wpadliśmy w sidła przygody, które zastawił na nas leśniczy. Podejrzewam, że mama mogła być z nim w zmowie bo wcale nie hamowała nas w snuciu planów na kolejne dni.