Rozdział VI

Rodzdział VI ( napisała klasa I PG )

 

Po dziesięciu minutach zorientowaliśmy się ,że nie ma naszych dzieci .

Bardzo się przestraszyliśmy , więc postanowiliśmy zawrócić i się rozdzielić. Po krótkiej wymianie zdań doszliśmy jednak do wniosku, że lepiej będzie, jak my już będziemy trzymali się razem, bo w końcu pogubimy się wszyscy.

Po przeszukaniu drogi pojechaliśmy do najbliższego domu zapytać , czy mają telefon .

- Dzień dobry, czy macie państwo telefon? –zapytałam się

-Witam, jedyny telefon w tej wsi posiada wójt– odpowiedział pan.

-Krystyno, powinniśmy iść do niego, aby zadzwonić na policję.

-Masz rację-odparłam.

-A czy możemy w czymś pomóc? –zapytał się właściciel domu.

-Nasze dzieci zaginęły pół godziny temu w tym lesie-odpowiedziałam.

-To tak jak nasz syn-odpowiedziała pan.

-A więc pójdźmy razem do wójta-zaproponowałam.

-Bardzo dobry pomysł-odpowiedział pan w naszym wieku.

Okazało się, że mężczyzna ma syna, który biegał ze swoim psem po okolicy, więc pewno pobiegł też do lasu. Jest bardzo prawdopodobne, że razem z naszymi dziećmi poszedł w nieznane. Tego wszystkiego dowiedzieliśmy się w drodze do urzędu.

Pół godzinny później byliśmy pod ratuszem. Weszliśmy do środka i udaliśmy się w stronę gabinetu. W gabinecie wójta poza nim samym nie było nikogo. Trochę nas to zdziwiło, że poza szefem nikt w tym biurze nie pracuje. Dopiero gdy spojrzałam na zegarek, zorientowałam się, że jest już dawno po godzinach i to prawdziwy cud, że w urzędzie zastaliśmy kogokolwiek.

-Dzień dobry,  panie wójcie-powiedziałam.

-Dzień dobry-odpowiedział wójt.

-Moglibyśmy skorzystać z telefonu? Musimy zadzwonić na policję, bo nasze dzieci zaginęły w lesie-powiedziałam.

- Oczywiście- powiedział wójt.

Wykręciliśmy numer i powiedzieliśmy o zajściu policji. Pół godziny później przyjechała policja, zapytał nas o wygląd dzieci i pojechała. A my poszliśmy dalej szukać dzieci. Jechaliśmy duktem i nagle w środku lasu pokazał nam się mały domek. Zbliżała się dwudziesta druga, a my wciąż nie znaleźliśmy dzieci. Podeszliśmy do domku i zapukaliśmy do drzwi , otworzył nam starszy pan.

-Dobry wieczór, o co chodzi?- zapytał .

-Dobry wieczór, czy przypadkiem nie widział pan trójki dzieci i psa-zapytał się tato Antka.

-Wczoraj wieczorem byli u mnie dwaj chłopcy i dziewczynka.  Antek,  Jacek i Ania oraz pies, ale z rana poszli szukać drogi do domu-odpowiedział starzec.

-Bardzo dziękujemy za informację-podziękowałam.

-Czy nie chcielibyście u mnie przenocować? Robi się już późno-zapytał.

-Bardzo dziękujemy, chętnie. Jesteśmy już bardzo zmęczeni-odparłam. 

Mimo wielkiego niepokoju zdecydowaliśmy się skorzystać z gościny i przenocować. Przy wieczornej herbatce zaparzonej przez naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że nasze dzieci dotarły tu poprzedniej nocy, chciały zadzwonić, ale nie ma zasięgu w tej głuszy, więc skorzystały z gościny, zjadły kolację i przenocowały, bo były już bardzo zmęczone. Rano, po śniadaniu wyruszyły na dalsze poszukiwania drogi do domu. Były całe i zdrowe, tylko zmęczone i zdezorientowane całą sytuacją, a najbardziej doskwierał im brak zasięgu.

Po rozmowie z właścicielem leśnego domku wszyscy się trochę uspokoiliśmy. Dawało się we znaki zmęczenie. Poszliśmy więc przenocować. Gospodarz powiedział, że w tym samym miejscu, gdzie noc wcześniej spały nasze dzieci. Mimo nerwów zasnęliśmy nadspodziewanie szybko.

Rano ,gdy wstaliśmy, czekało już na nas śniadanie. Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy przez pół godziny, gdy nagle zjawił się policjant. Miał dla nas  wiadomość.

 –Znaleźliśmy różową bransoletkę. Czy należy ona do państwa córki?

-Tak, to bransoletka Ani!- zawołałam. Musiała ją zgubić.

-Niech Pan pokaże, gdzie ją znaleźliście, może odnajdziemy drogę, którą poszli-powiedział Dariusz.

  Po  paru  minutach policjant doprowadził nas do wąskiej dróżki polnej, która prowadziła do ciemnego i mrocznego   lasu . Na samą myśl, że nasze dzieci błąkają  się po takich miejscach, przechodzą mnie ciarki . Jak mogliśmy tego nie dopilnować  i w ogóle dopuścić do tego ? Długo razem z Dariuszem obwinialiśmy siebie .

-Dokąd prowadzi ten las ? –zebrałam się na odwagę, aby zapytać policjanta.

-Nikt tak właściwie nie wie. Różne  legendy słyszano na ten temat.

-Na przykład ?

-Podobno czwórka dzieci postanowiła uciec z domu, uciekła do tego lasu i już nigdy ich nie widziano do tej pory  –mówił bardzo poważnie Adam, tata Antka.

- O Boże, gdzie są nasze dzieci ?!- już nie potrafiłam powstrzymać emocji i rozpłakałam się jak niemowlę .

- Spokojnie Krysiu –próbował mnie uspokoić  mąż.

-Zaraz przyjedzie tu ekipa z psem, który spróbuje znaleźć trop, ponieważ zostaje jeszcze inna wersja .

- Jaka ?- dopytywał się  Adam .

- Mogli przejść przez most, wystarczy pójść wzdłuż tych sosen i jakieś dwieście metrów stąd  – mówił policjant na jednym wdechu.

W tym samym czasie przyjechał patrol z psem . Dokładnie obwąchał bransoletkę i zaczął  szukać .

- I co,  złapał trop? Macie coś? – szlochałam na cały głos.

- Spokojnie, niech pani się uspokoi.

Pies zaczął biec w stronę mostu . Znalazł coś, była to spinka Ani. Zaczęliśmy się rozglądać dookoła,  dostrzegliśmy stary drewniany dom. Wydawał się opuszczony . Postanowiliśmy zobaczyć, co znajduje się w środku . Zaczęło robić się  późno, ale zapukaliśmy w drzwi.  Było cicho,  nagle rozległ się hałas w środku, jakby ktoś tam był . Powoli policja zaczęła przeszukiwać dom . Wszystko wskazywało, że nikogo tu nie ma. Aż tu nagle rozległo się szczekanie psa  spod podłogi .

- Nie do wiary, tak tylko szczeka pies Antka!- krzyknął Adam.

- Tylko jak oni mogli się tam znaleźć, skoro nie ma nigdzie wejścia do piwnicy – powiedział policjant.

-Ania? Jacek? Antek ? To my, wasi rodzice ! Wychodźcie ! – zaczęłam krzyczeć, ale nie wiem, czy z tego, że znaleźliśmy nasze dzieci, czy z tego całego stresu i tego, jak mogliśmy tego nie dopilnować .