Rozdział V

Rozdział V ( napisała klasa III A)

Może wbieganie do cudzego domu znajdującego się w środku lasu nie było najlepszym pomysłem. 

-I co?-zapytałem Ankę, która patrzyła przez okno. 

-Teraz nikogo nie ma.

-Może nam się przewidziało?-stwierdziłem z nadzieją. 

-Wszystkim?

No tak, głupi pomysł. Wszystkim nie mogło się przewidzieć. 

Rozejrzałem się. Dom był mały. Na środku kuchni stał drewniany ciemny stół i wazon zeschłych kwiatów. W rogu był kominek, a obok niego leżał stos drewna. W zlewie były nieumyte naczynia. Podłoga skrzypiała pod naciskiem moich stóp. 

-Ktoś tu mieszka -powiedział Antek.- A my właśnie włamaliśmy się do cudzego domu.

-Ale przecież nie możemy wyjść! Tam jest.. to coś!-wtrąciła Anka. 

-Przed chwilą mówiłaś, że nic tam nie ma.-odpowiedziałem. 

-No tak, ale było! Poza tym jest ciemno.

-Moi rodzice będą się martwić.-powiedział Antek.-Wasi też. 

Kiwnąłem głową. Miał rację. Pewnie mama już ręce załamuje, że jest ciemno, a jej dzieci nie ma w domu. 

-Powinniśmy wracać -stwierdziłem.-Tak, wiem! Jest ciemno i tam była ta postać! -wtrąciłem, widząc, że siostra już chce coś powiedzieć.-Ale chyba nie jesteście tchórzami?

-Ja nie!-powiedział Antek. 

-No to chodźmy -poprawiłem plecak. Zaczęło już boleć mnie od niego ramię. -Musimy jeszcze znaleźć nasze rowery. 

-Ale ja nie chcę tam iść!-odpowiedziała Anka, trzęsąc się.- Nie możemy poczekać do rana? 

-A jak ktoś przyjdzie? Jak nie chcesz, to nie idź, możesz tu zostać sama -powiedziałem i ruszyłem w stronę drzwi. Niestety telefon był rozładowany, więc oddałem go Ance. 

-To idziesz?-zapytałem ją. 

-Tak. 

Wyszliśmy. Zrobiło się ciemniej niż było kilka minut temu. Chmury zakryły księżyc, teraz ledwo widzieliśmy to, co znajduje się przed nami. 

-Musimy podjąć jakąś decyzję. - powiedziałem właściwie sam do siebie, bo Antek z Anią byli zajęci panikowaniem. Było zbyt ciemno,żeby próbować iść w jakąkolwiek stronę. Pewnie skończyłoby się to utknięciem w tym lesie na zawsze. Siostra chyba czytała mi w myślach.

-Nie możemy przecież teraz nigdzie iść!- powiedziała wystraszonym głosem.

Miała rację. I tak nigdzie byśmy nie doszli, a co najwyżej wpadli na stado dzików. Wszyscy zaczęliśmy coraz bardziej zdawać sobie sprawę, w jak beznadziejnej sytuacji jesteśmy. Nerwowo przygryzałem paznokcie, próbując ogarnąć otaczająca mnie ciemność, gdy nagle usłyszeliśmy kroki.

-Co to?! Też to słyszeliście?- Antek prawie wrzasnął. Gestem pokazałem mu,że ma być cicho. Skinąłem ręką na rosnące niedaleko duże drzewo i bezgłośnie doczołgaliśmy się do niego, chowając się. Nasze oczy przyzwyczaiły się już powoli do ciemności, więc można było dostrzec dokładniej, czyje kroki wcześniej słyszeliśmy. Zauważyłem,że postać trzymała w ręku latarkę i  najwyraźniej czegoś szukała. To chyba do niej należał dom. Mimo słabego oświetlenia dało się zauważyć,że ta osoba to mężczyzna, prawdopodobnie starszy, średniego wzrostu. Przyglądaliśmy się mu w milczeniu, gdy nagle...

-Ałł! Głupie komary!- krzyknęła Anka,która nie mogła już dłużej wytrzymać w ciszy ich denerwującego kąsania.

Miałem ochotę palnąć jej w łeb, wydała nas wszystkich. Postać odwróciła się w naszą stronę i zaczęła powoli iść.

-Halo, kto tu jest?- usłyszeliśmy dość przyjazny,ale trochę wystraszony, męski głos. Antek zebrał się na odwagę i wyszedł zza drzewa mówiąc cicho:

- My, myyy...my tylko się zgubiliśmy.

-Boże, jak wy wyglądacie! Jesteście obdarci, przemarznięci i jak przypuszczam głodni.

-Tak,zgadza się, wczoraj wybraliśmy się z naszymi rodzicami na rowery i....

-Teraz nie czas na tłumaczenia,opowiecie mi wszystko później, teraz zapraszam do domu, nie mogę dać Wam za wiele jedzenia, ale kupiłem niedawno świeże pieczywo i powinienem mieć jeszcze resztki konfitury z jeżyn. No już, chodźcie - powiedział zdecydowanie staruszek. Na samą myśl o kanapkach poleciała mi ślinka. Trochę niepewnie,ale z nadzieją, poszliśmy za nim.